Mam na imię Ewa. Jestem nauczycielką i opiekunką Szkolnego Klubu Wolontariatu.
Funkcja ta nauczyła mnie, że żadnego planu nie da się zaplanować do końca.
Można przygotować harmonogram, rozpisać zadania, zrobić listę potrzebnych rzeczy. A potem przychodzi młodzież i mówi: „Mamy inny pomysł”.
Kiedyś pewnie próbowałabym trzymać się planu. Dzisiaj coraz częściej odpowiadam: „Dobra. To działamy po Waszemu”.
I właśnie z tych „innych pomysłów” powstają często najlepsze akcje.
Wolontariat w szkole to takie jak gdyby laboratorium. Testujemy pomysły, uczymy się współpracy, czasem coś nie wychodzi, czasem trzeba improwizować. Bywa głośno, chaotycznie i zdecydowanie nie zawsze idealnie. Ale za to jest prawdziwie.
Najbardziej lubię obserwować moment, kiedy uczniowie przestają czekać na instrukcję.
Nie pytają już: „Co mamy zrobić?”, tylko mówią: „Ja to zrobię!”
Ktoś sam przygotuje plakat. Ktoś napisze do innych klas. Ktoś wymyśli akcję. Ktoś zauważy, że trzeba jeszcze zadzwonić, coś przynieść albo komuś pomóc.
A ja stoję gdzieś obok i myślę: „No dobrze, chyba już mnie tu nie potrzebują”.
I to jest chyba największy sukces koordynatora.
Nie wtedy, kiedy wszystko zależy od niego, ale wtedy, kiedy młodzi ludzie zaczynają działać bez pytania o pozwolenie.
Dzięki szkolnemu wolontariatowi sama nauczyłam się jednej ważnej rzeczy: nie zawsze trzeba mieć gotowy scenariusz. Czasem wystarczy dać wolontariuszom przestrzeń, zaufać im i pozwolić, żeby zrobili coś po swojemu.
A jeśli po drodze powstanie trochę bałaganu?
Cóż, wolontariat też jest w pewnym sensie nauką, a akcje sprawdzianami. I nie zawsze wszystko wychodzi na 5 lub 6, ale ważne, że wychodzi.
Artykuł powstał w ramach projektu "Wzmacniamy wolontariat lokalnie", który jest sfinansowany ze środków Narodowego Instytutu Wolności - Centrum Wspierania i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Korpusu Solidarności - Rządowego Programu Wspierania i Rozwoju Wolontariatu Systematycznego na lata 2018-2030.