Jestem Natalia. Na co dzień łączę wiele ról – jestem mamą, żoną, pracuję jako dziennikarka, a w wolnych chwilach angażuję się w życie lokalnej społeczności. Czasami sama się zastanawiam, skąd biorę na to wszystko czas. Prawda jest taka, że kiedy widzę kogoś, kto potrzebuje pomocy, trudno mi powiedzieć: „To nie moja sprawa”.
Pamiętam, że wielokrotnie zaczynało się od prostego pytania: A może dałoby się coś zrobić? Potem pojawiała się kolejna myśl, telefon do znajomej osoby, wiadomość wysłana na grupie i następna osoba gotowa do działania. Nagle z pomysłu, który jeszcze chwilę wcześniej wydawał się trudny do zrealizowania, powstawała inicjatywa angażująca kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt osób.
Właśnie wtedy zrozumiałam, że koordynowanie wolontariatu nie polega wyłącznie na organizowaniu wydarzeń i rozdzielaniu zadań. Chodzi przede wszystkim o dostrzeganie ludzi. O zauważenie, że ktoś ma talent, ktoś inny trochę wolnego czasu, a jeszcze ktoś – umiejętności, które mogą okazać się bezcenne. Moją rolą jest połączyć te możliwości i sprawić, żeby każdy poczuł, że ma coś ważnego do zaoferowania.
Szczególnym doświadczeniem stała się dla mnie działalność w Komitecie Społecznym „Drużyna Adasia”. Zaangażowanie w pomoc chłopcu wymagającemu kosztownego leczenia pokazało mi, jak wielką siłę ma wspólnota. Kiedy pojawia się historia konkretnego człowieka, trudno pozostać obojętnym. Ale sama empatia nie wystarczy. Potrzebne są setki telefonów, pomysłów, spotkań, kiermaszów, zbiórek i godzin poświęconych na działanie.
W akcji „Kup Jaśka dla Adaśka” zobaczyłam, jak wiele może się wydarzyć, kiedy każdy dołoży swoją małą cegiełkę. Jedni szyli poduszki, inni pomagali w ich promocji i sprzedaży, kolejni przekazywali informacje dalej. Nie wszyscy mogli zrobić to samo, ale każdy mógł zrobić coś. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu wokół pomocy Adasiowi zgromadzono ponad 10 milionów złotych na jego leczenie. Za tą liczbą stoją tysiące gestów, ogrom pracy i ludzie, którzy uwierzyli, że razem możemy więcej.
Ta historia nauczyła mnie również pokory. Nie wszystko da się przewidzieć, nie każdy plan udaje się zrealizować, a czasem trzeba zacząć od nowa. Koordynator nie zawsze zna odpowiedź i nie musi mieć gotowego rozwiązania na każdą sytuację. Powinien jednak umieć słuchać, szukać możliwości i nie bać się prosić innych o wsparcie.
Ważne miejsce w moim życiu zajmuje także Koło Gospodyń Wiejskich „Wolanie”. To tutaj przekonuję się, że wolontariat nie musi mieć wielkiej nazwy ani spektakularnej oprawy. Czasami zaczyna się od wspólnego przygotowania wydarzenia, pomocy sąsiadce czy pomysłu, który ktoś rzuca mimochodem podczas rozmowy. Tak budują się relacje. Tak ludzie zaczynają sobie ufać. I tak rodzi się poczucie, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale również za miejsce, w którym żyjemy.
Praca dziennikarki pomaga mi dostrzegać historie, które warto opowiedzieć. Nauczyłam się, że za każdą informacją kryje się człowiek, jego emocje, nadzieje i codzienne zmagania. Dziś wykorzystuję tę umiejętność również w działalności społecznej. Wiem, jak ważne jest nagłośnienie czyjejś potrzeby, ale równie ważne jest pokazanie tych, którzy odpowiadają na nią swoim czasem i zaangażowaniem.
Czy zawsze mam siłę? Nie. Czy czasem chciałabym odłożyć telefon i przez chwilę o niczym nie myśleć? Oczywiście. Mam przecież rodzinę, pracę i własne obowiązki. Z czasem nauczyłam się jednak, że nie muszę robić wszystkiego sama. To jedna z najważniejszych lekcji, jakie dał mi wolontariat. Dobra koordynacja nie polega na tym, że wszyscy czekają na jedną osobę. Polega na tym, że coraz więcej osób potrafi działać wspólnie, samodzielnie i z przekonaniem, że ich wysiłek ma sens.
Dziś nie myślę o sobie jak o kimś, kto musi zmienić świat. Wolę wierzyć, że mogę zmienić choćby niewielki jego fragment. Pomóc komuś dotrzeć z ważną wiadomością. Znaleźć osobę, która potrafi rozwiązać konkretny problem. Zachęcić kogoś nieśmiałego, by spróbował swoich sił. Pokazać wolontariuszowi, że jego praca jest zauważona i potrzebna.
Zrozumiałam, że koordynator wolontariatu nie zawsze stoi na pierwszym planie. Czasami jest osobą, która dzwoni, przypomina, łączy ludzi, uspokaja emocje i pilnuje, żeby każdy wiedział, co ma robić. Czasami po prostu słucha. A kiedy wszystko się udaje, najpiękniejsze jest to, że sukces należy do całej grupy.
Jeśli ktoś zapytałby mnie dziś, co daje mi wolontariat, nie odpowiedziałabym jednym słowem. Daje mi spotkania, których nie zapominam, ludzi, którym mogę zaufać, i świadomość, że nawet małe działania mają znaczenie. Daje mi też lekcję, że nie trzeba być wyjątkowym, żeby robić wyjątkowe rzeczy. Wystarczy dostrzec drugiego człowieka i zdecydować, że nie zostawi się go samego.
Nie wiem, jakie inicjatywy przyniosą kolejne miesiące. Wiem natomiast, że nadal będę zadawać sobie pytanie: „Co możemy zrobić?”. Bo właśnie od niego zaczyna się wiele dobrych historii. A ja chcę być jedną z tych osób, które pomagają je tworzyć – razem z innymi, nigdy zamiast nich.
Artykuł powstał w ramach projektu "Wzmacniamy wolontariat lokalnie", który jest sfinansowany ze środków Narodowego Instytutu Wolności - Centrum Wspierania i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Korpusu Solidarności - Rządowego Programu Wspierania i Rozwoju Wolontariatu Systematycznego na lata 2018-2030.