Przeskocz do treści Przeskocz do menu

Jestem wolontariuszką „od wszystkiego, co ciche”.

Dotyczy projektu: Wolontariat moją marką!.

Pamiętam czas, kiedy mój dom nagle zrobił się za duży. Panowała w nim cisza – ogromna cisza. Zegar tykał głośniej niż kiedyś, a krzesło naprzeciwko stołu stało puste tak uparcie, jakby czekało na kogoś, kto już nie wróci.

Któregoś dnia wyszłam tylko po chleb. Ot, zwykły poranek, jeden z wielu podobnych do siebie. Ale pod sklepem spotkałam Krysię - dobrą znajomą sprzed lat. Zaczęłyśmy rozmawiać, wspominać. Krystyna opowiadała, co słychać u niej, jak sobie radzi po śmierci męża, a wsłuchując się w moje słowa uśmiechnęła się i oznajmiła, że ma dla mnie zajęcie. Że doskonałym lekarstwem na samotność jest nic innego, jak wyjście do ludzi. Opowiedziała, że Fundacja Bliżej Pasji rekrutuje grupę seniorów do nowego projektu i że na pewno mi się spodoba.

Pomyślałam: ja? Przecież ja nie jestem jak Krysia – energiczna, otwarta, z głową pełną pomysłów. A jednak zgodziłam się. Może to było to puste krzesło w kuchni. Może ta uporczywa cisza.

Poszłam na spotkanie. Usiadłam z boku, jak to mam w zwyczaju. Słuchałam. Uczestnicy dzielili się swoim życiem, radościami, ale też trudnościami. Mówili o pomaganiu, o byciu razem, o drobnych rzeczach, które zmieniają czyjś dzień. Naszym zadaniem była pomoc osobie podopiecznej – samotnej, która potrzebuje czyjejś obecności, pomocy w prostych czynnościach. Na początku pomyślałam, że znalazłam się nie po tej stronie, że to właśnie ja powinnam być tą „podopieczną”, że to ja potrzebuję takiej osoby, która byłaby mi podporą.

Wychowałam dzieci, przepracowałam lata, odprowadziłam bliskich… Co ja jeszcze mogę dać? Ale później przypomniałam sobie o panu Tadeuszu z drugiej klatki. Poruszał się o kulach. Praktycznie nie wychodził z domu, a ja widywałam go na balkonie, który leży równolegle do mojego. Moja sytuacja w porównaniu z jego była komfortowa, ja mogłam swobodnie wyjść na zakupy, na spacer, a on?

Gdy wróciłam do domu, zrobiłam herbatę i siedziałam długo przy stole. A następnego dnia… upiekłam sernik i poszłam w odwiedziny do pana Tadeusza.

To był mój początek bycia wolontariuszką.

Dziś śmieję się, że jestem wolontariuszką „od wszystkiego, co ciche”. Nie biegam, nie krzyczę, nie organizuję wielkich wydarzeń. Ale jestem.

Jestem przy dzieciach, kiedy potrzebują, żeby ktoś im spokojnie przeczytał bajkę.
Jestem przy starszych, kiedy chcą tylko posiedzieć i pomilczeć razem.
Jestem w kuchni, kiedy trzeba pokroić, posprzątać, przygotować herbatę.

Ta cisza już nie jest ciężka. Jest pełna śmiechu, rozmów, kroków na korytarzu, zapachu ciasta i tego dziwnego uczucia, że mimo lat — nadal jestem potrzebna.

Nie zostałam wolontariuszką dlatego, że miałam dużo siły.
Zostałam nią, bo miałam w sobie pustkę. A ona, ku mojemu zaskoczeniu, okazała się miejscem, w którym mogło zmieścić się bardzo dużo dobra.

Jestem ogromnie wdzięczna mojej kochanej Krysi oraz Fundacji Bliżej Pasji, że dali mi „drugie życie” – powód, aby rano wstać z łóżka i siłę, aby być dla innych.

Maria.

Storytelling (osobista historia) powstał w ramach projektu "Wolontariat moją marką" sfinansowanego ze środków Narodowego Instytutu Wolności - Centrum Wspierania i Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Korpusu Solidarności - Rządowego Programu Wspierania i Rozwoju Wolontariatu Systematycznego na lata 2018-2030.

Ikona wstecz Wróć do aktualności

Ikona do góry